TROCHĘ KONFLIKTÓW

  1. Funkcja wykidajły jest społecznie niezmiernie waż­na. Od jego bezkompromisowej postawy zależy spo­kój lokalu i bezpieczeństwo całej okolicy. O ich wy­sokiej przydatności niech świadczy umowa Minkie­wicza z wykidajłą Polonii, aby go ten nigdy w nocy nie wpuszczał do knajpy; umowa była rzetelnie rea­lizowana. Szatnia Kameralnej obsługiwana jest przez drugą połowę ekipy porządkowej. Obsada przestrzega ściśle określonych zasad savoir vivre’u. Tak np. nie wolno nikomu wejść na salę bez marynarki; może być ubra­ny w najbardziej ponury, wymięty garnitur, ale za­sadzie musi się stać zadość.Z niektórymi stałymi bywalcami zdarzało się w związku z tym trochę konfliktów moralnych i fizycz­nych.

OSOBNA EKIPA

  1. Uru­chamiają system alarmowy na zasadzie iskry elek­trycznej, która przebiega od baru aż po drzwi wej­ściowe, a nawet do rogu Nowego Światu. Już pierw­szy cios napastnika rzadko trafia do celu, już pierwsza próba wymknięcia się bez rachunku kończy się fia­skiem. Każdy z nich przypomina kogoś znakomitego. No­szą pseudonimy mężów stanu lub artystów. Jest „So­korski”, jest „Borys Karloff” byl „Schiller”, ale go oddalono za niedokładności w rachunkach.Osobną ekipę stanowią funkcjonariusze porządko­wi „Kamery”, zwani pieszczotliwie: „wykidajły”. Są to chłopy przy kości, węźlaste, nabite. Obsadzają po­sterunki przy drzwiach i w szatni, dowodzi nimi „Staś”. Oni używają także powiedzonka „Pan jest zmęczony, pan nie wejdzie” lub po prostu: „Panie, wykitalaj pan”.

W CIĄGU SEKUNDY

  1. Są psychologami w ostatnim wtajemniczeniu. Nie­zapomniany Rafał Praga, redaktor naczelny „Expressu Wieczornego”, słynna postać Warszawy lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych, przyjaciel mi­nistrów i szoferów, zwykł był opowiadać z niezrów­nanym wdziękiem anegdotę o nieomylności kelnerów Kameralnej; przychodzi z dziewczyną do lokalu, prosi; o kartę, podaje swej towarzyszce, ona niewiele my­śląc zamawia kotlet de volaille i melbę z owocami, nad Pragą pochyla się kelner i stwierdza: „Panie re­daktorze, k…” . ,A jednak czasem muszą działać. Czynią to z niechę­cią, lecz za to błyskawicznie. W wypadkach koniecz-; nych mobilizują się w ciągu ułamka sekundy. 

ZA BUFETEM BAROWYM

  1. Za bufetem barowym tkwią panowie Edward i Jó­zef, czyniący swoje powinności z pilnością aptekarzy. Panują nieomylnie nad ruchami, uważają się słusznie za speców od pijackiej psychiki. Spowiednicy nie­szczęśliwych, zawiedzionych, zredukowanych i zdra­dzonych. Świadkowie najtajniejszych rozmów (czy aby zawsze dyskretni?). Ludzie-manekiny, ludzie-bu- telki. Panowie Edward i Józef czasem odmawiają na­lewania, powiadają wówczas gościowi taktownie, lecz stanowczo: „Pan jest zmęczony, pan odpocznie”.Zdarza się jednak, że z odpoczynkiem nie wychodzi. Z drugiej sali i na „podeście” można zaobserwować niekiedy, jak o godzinie 12 w nocy w stronę baru zmierza wytworny dżentelmen z nienagannie czarną j muszką przy nienagannie białej koszuli i jak o go- . dżinie 3 z tego baru stacza się po schodkach straszli- : wie bełkocząc indywiduum w rozchełstanej koszuli,o rozwichrzonych włosach i wywróconych oczach.

ŻYCIE TOWARZYSKIE

  1. Jedynie gdzieś do 10 czy 11 można bezkarnie wśliznąć się do wnętrza. Później — kiedy zaczyna się życie to­warzyskie — wejście do „Kamery” związane jest z określonymi nakładami finansowymi, podszywaniem się pod obcokrajowca lub powoływaniem się na Janu­sza Minkiewicza. Minio”, znakomity satyryk o kamiennej twarzy, stały bywalec na Foksal, nie wykupuje obowiązko­wych bonów przy wejściu — ma stały abonament. Siada, samotnie lub w towarzystwie kociaka, który w ciągu kilku nocnych godzin opowiada mu pasjonują­cą historię swego bogatego życia. „Minio” potakuje i dowcipnie milczy.Brak Minkiewicza przez kilka nocy wprowadza w stan irytacji cały personel, wywołuje pretensje u go­ści, którzy wykupili bilety i czują się oszukani. Istot­nie, takiej nocy Kameralna wygląda jak zdemolo- wana.

KAMERALNA

  1. Można sobie wyobrazić Warszawę bez Centralnego Domu Towarowego, jednego lub drugiego pomnika lub (doskonale!) bez kandelabrów na placu Konsty­tucji — nie sposób wyobrazić sobie stolicy kraju bez przybytku zwanego subtelnie Kameralną. Ludzie gru- biańscy powiadają, że jest to „knajpa”, a nawet „mor­downia”. Twierdzą, że w Kameralnej gromadzi się coraz gorsza hołota, że nie sposób tam chodzić, że strach, ohyda, brr, fe… Ale chodzą. Przynajmniej przez wiele lat chodzili. I jeszcze jak! Emigranci tęsknią do Kameralnej z dru­giej półkuli, dziennikarze zagraniczni traktują ją ja­ko istotny obiekt do korespondencji politycznych, sza­nujący się pijacy uważają za najważniejszy etap na codziennym i conocnym „szlaku hańby”, dorastające dziewczyny — za szczebel do poznania powabów ży­cia lub rozpoczęcie kariery, kanciarze — za placówkę wymiany myśli.

KOMITET OBYWATELSKI

  1. Przy ulicy Kordeckiego otwarto szkołę; w tym sa­mym budynku urzędował komitet obywatelski „Po­moc Warszawie”. W listopadzie — to już prawie pure nonsens! — odbyły się pierwsze wykłady na wydziale medycyny Uniwersytetu Warszawskiego, czterech do­centów i paru lekarzy przy ul. Grochowskiej zagłę­biało się w zawiłe problemy anatomii i fizjologii, pod­czas gdy miasto pozbawione było światła i wody. Na Zamoyskiego otwarto urząd pocztowy. W sali kina „Syrena” przy Inżynierskiej zorganizowano przed­stawienie teatralne. Powstała też RKU, widomy znak, że wszystko wraca do normy. 16 stycznia artyleria polska i radziecka zainaugu­rowały bitwę o Warszawę. Dziesięć godzin trwał hu­raganowy ogień. Nazajutrz pierwsi mieszkańcy Pragi przeszli po lodowej powłoce Wisły do uwolnionej Warszawy.

ZA PIENIĄDZE I NA WYMIANĘ

  1. W gimnazjum przy ulicy Otwockiej zainstalował się pierwszy prezydent miasta, pułkownik Marian Spy­chalski, i zarząd miejski. W gmachu dyrekcji PKP na rogu Targowej i Wileńskiej rozpoczęły działalność wydziały informacji i propagandy oraz kultury i sztu­ki władz wojewódzkich. Podczas gdy od Wisły grały działa i szczekały ka­rabiny maszynowe, na Targowej i w okolicy kipiało życie. Na Brzeskiej handlowano mięsem, chlebem i papierosami. Za pieniądze i „na wymianę”. Na pla­cu Szembeka sprzedawano i kupowano „miękkie i „twarde”, futra, zegarki i złoto. Pękające dokoła po­ciski nieprzyjacielskie przerywały tylko na moment transakcje wędzonką, pączkami czy wódką.

WOLNA PRAGA

  1. Mieszkańcy domu wychodzą z piwnic. Płacz i ra­dosne okrzyki. — Czy nas już nie zostawicie? — Pra­ga wolna. Patrzcie, zakładamy telefony polowe. — Biegniemy do mieszkań, gotujemy kawę zbożową i przynosimy żołnierzom…” Praga była wolna. Choć pełna gruzów, szkła, od­łamków. Choć pod nieustannym ogniem artylerii. Leżące bezpośrednio na linii frontu miasto zaczęło się natychmiast urządzać. Normalizowało się życie prywatne — tworzyły się pierwsze urzędy. Działo się to tak szybko i tak sprawnie, iż miało się prawie wra­żenie, że Praga lubi takie niezwykłe sytuacje, że się przydały w końcu te stulecia spacerów Marsa po pra­skim brzegu.